PIERPAOLI NA TROPIE ZEGARA BIOLOGICZNEGO CZ. II

Kiedy wyjaśniam teorię starzenia się, odwołuję się do opisanej analogii, słuchacze mówią: „Rozumiem. To rzeczywiście ma sens”. To oczywiste, że w tak skomplikowanym systemie, jakim jest nasz organizm, gdzie w tym samym czasie zachodzą różnorodne procesy, jest niezbędny jakiś centralny regulator, który nadzoruje te procesy, zapewnia harmonijne współdziałanie wielu układów, wskazuje początek i zakończenie aktywności. Można by rzec, że obecność takiego regulatora wyczuwa się instynktownie. Niemniej, gdy zaczynałem karierę naukową przed trzydziestu laty, każda wzmianka o zegarze biologicznym spotykała się z jawnymi drwinami kolegów. W tamtych czasach każdy układ organizmu traktowano jako system odrębny i niezależny od innych. Specjaliści od układu krwionośnego, kostnego czy dokrewnego często nie mogli się nawet porozumieć. Geriatrzy, zajmujący się starością, byli przekonani, że proces ów dokonuje się w wyniku dość przypadkowej degradacji poszczególnych komórek, a w miarę nasilania się tego zjawiska człowiek starzeje się i w końcu umiera. (W naszej analogii byłaby to taka sytuacja, w której kolejni muzycy dochodzą do wniosku, że nie są w stanie grać dalej, odkładają swoje instrumenty i schodzą ze sceny. W efekcie muzyka milknie stopniowo, aż wreszcie zamiera). Zaś pomysł, że wymieranie pojedynczych komórek może być sterowane przez jakiś czynnik nadrzędny, traktowano wówczas jako absurd. Ale cóż, gdyby w tamtych latach któryś z kolegów czy studentów zaprezentował mi taką teorię, zapewne także bym go wyśmiał.

Leave a Reply